|
Anna Augustowska 18-12-2003, "Gazeta Wyborcza" Lublin
Pani Grażyna wirusowym zapaleniem wątroby typu C została zarażona prawdopodobniepodczas przetaczania krwi po operacji. Nie może doczekać się na podjęcie ratującego życie leczenia bardzo drogim lekiem - interferonem. Koszt trwającej około roku kuracji wynosi blisko 80 tys. zł
Kilka dni temu pani Grażyna została niespodziewanie wezwana do szpitala na rozpoczęcie wyczekiwanej kuracji i tego samego dnia odesłana do domu. "Zaszła pomyłka, za lek nie ma kto zapłacić" - usłyszała od lekarzy. Zdesperowana postanowiła o wszystkim opowiedzieć "Gazecie".
- Przeżyłam prawdziwy szok, kiedy rok temu w czasie badań okazało się, że jestem nosicielem wirusa WZW C, a moja wątroba jest prawie w całości objęta marskością - mówi.
Fatalną diagnozę potwierdziły specjalistyczne badania przeprowadzone w klinice chorób zakaźnych, gdzie pani Grażyna trafiła na biopsję wątroby.
- Wtedy też dowiedziałam się, że mimo niedobrych wyników kwalifikuję się do leczenia interferonem, który będzie mógł uratować mi życie. Tylko nikt nie umiał mi powiedzieć, kiedy zacznę przyjmować lek. Zostałam wpisana na listę oczekujących i wysłana do domu.
Był styczeń tego roku. Co najmniej raz w miesiącu pacjentka dzwoniła do kliniki z pytaniem, czy może już rozpocząć leczenie. - W tym czasie koledzy z firmy, w której od lat byłam księgową, zrobili zbiórkę, uruchomiono w tym celu nawet specjalne konto w banku, ale do dziś uzbierała się tam tylko niewielka kwota - mówi pani Grażyna. W lipcu z powodu stanu zdrowia musiała przejść na rentę.
- Moja sytuacja finansowa stała się dramatyczna. Doszło do tego, że muszę o pomoc prosić własne dzieci, bo leki wspomagające, które przyjmuję, nie są refundowane. Kiedy więc w ubiegłym tygodniu dostałam wreszcie telefon z kliniki, aby przyjeżdżać, bo jest dla mnie interferon, poleciałam jak na skrzydłach. Przebrałam się, pobrano mi nawet krew i nagle, po dwóch godzinach, okazało się, że nic z tego... - w oczach pani Grażyny błyszczą łzy. - Ja nie mogę dłużej czekać...
Problem z leczeniem chorych z WZW C trwa w naszym regionie od roku. Za leczenie interferonem i ribawiryną nie płaci ani fundusz zdrowia, ani szpital im. Jana Bożego, w strukturach którego znajduje się klinika chorób zakaźnych. W efekcie pacjenci zakwalifikowani do tego typu leczenia trafiają na liczącą już teraz 200 osób listę oczekujących. W innych regionach oddziały funduszu zdrowia finansują kuracje antywirusowe, realizując celowe programy. Lubelscy pacjenci byli poddawani leczeniu, tylko jeśli klinika otrzymywała lek od firm produkujących interferon albo jeśli udało się im znaleźć sponsorów.
W imieniu chorych wiele razy występowała prof. Roma Modrzewska, konsultant wojewódzki do spraw chorób zakaźnych, ale lubelski fundusz zdrowia niezmiennie twierdził, że w budżecie nie ma pieniędzy na tak kosztowne kuracje.
Dla Gazety
Anna Józefczuk-Majewska, rzeczniczka funduszu zdrowia w Lublinie
W nadchodzącym roku ta sytuacja powinna wreszcie się zmienić. W 2004 roku chcemy uruchomić finansowanie celowego programu lekowego dla tych chorych. Problem w tym, że w czasie konkursu na ten program (rozstrzygnięcie było w sobotę 13 grudnia) lubelski szpital im. Jana Bożego nie przystał na warunki, jakie proponowaliśmy. Dlatego kontrakt na te usługi podpiszemy ze szpitalem w Puławach (dzieci będą leczone w szpitalu dziecięcym przy Chodźki w Lublinie). Odbędzie się też jeszcze jeden etap konkursu i mamy nadzieję, że wtedy klinika Jana Bożego zakwalifikuje się do programu.
Piotr Cioczek, dyrektor szpitala im. Jana Bożego w Lublinie
W warunkach, jakie proponował fundusz zdrowia, nie ma pieniędzy na równie drogie badania diagnostyczne dla chorych z WZW C i dlatego pierwsza tura rozmów nie zakończyła się pomyślnie, ale jestem przekonany, że do końca grudnia dogadamy się i podpiszemy kontrakt. Wtedy leczeniem interferonem będziemy mogli objąć nawet 80 osób.
|