|
Chorym na żółtaczkę w klinice nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy sytuacja się poprawi
Najpierw przez dwa miesiące ani jeden pacjent chory na żółtaczkę zakaźna typu C nie był włączony do programu leczenia nowoczesnymi lekami, teraz od miesięcy kolejni pacjenci z okaleczoną przez wirus wątrobą nie mogą dostać się na oddział, by wykonana została im biopsja. Chorych na żółtaczkę typu C lawinowo przybywa w naszym regionie, a Klinika Chorób Zakaźnych w szpitalu im. Jana Bożego, najbardziej wyspecjalizowana w ich leczeniu placówka w województwie, zamyka przed nimi drzwi.
– Nie wiem co się dzieje. Syn miał wyznaczony termin przyjęcia na oddział na początek września. W trakcie pobytu miał mieć wykonaną biopsję. Do tej pory nie doczekał się przyjęcia i badania – mówi rozgoryczona matka 30-letniego mężczyzny, który kilka lat temu został zakażony wirusowym zapaleniem wątroby typu C.
To straszny wirus, do zakażenia nim dochodzi najczęściej w placówkach ochrony zdrowia. Długo może nie dawać o sobie znać, ale nie powstrzymywany nowoczesnymi lekami hamującymi jego namnażanie, prowadzić może do marskości i raka wątroby.
– Biopsja jest bardzo ważną. Po jej przejściu i uzyskaniu wyników badań można zostać włączonym do kolejki oczekujących na objęcie drogim, nowoczesnym lekiem: interferonem i rybawiryną. Tymczasem czas – dla mojego syna bezcenny – mija, a nikt w klinice nie potrafi nam powiedzieć, kiedy zostanie wykonana biopsja. Odsyłają nas tylko – opisuje sytuację załamana matka. Nie chce, byśmy w gazecie podali jej nazwisko, bo zaszkodziłoby to synowi.
– To jedyna w Lublinie i najlepsza w województwie klinika, w której chorzy na wzw typu C uzyskiwali do tej pory skuteczna pomoc. Jesteśmy na pracujących tam lekarzy skazani – tłumaczy.
Karolina Tomczyk jest jedna z byłych pacjentek kliniki, a teraz osobą zaangażowaną w działalność stowarzyszenia na rzecz pomocy chorym z wzw typu C. Potwierdza, że nie ma tygodnia, by nie słyszała od chorych skarg.
– Maja problemy z przyjęciem na oddział, mimo iż są tam wolne łóżka. W klinice nikt nie potrafi nam powiedzieć, kiedy sytuacja ulegnie zmianie. Leczeni są ci chorzy, którzy trafia z interwencją do dyrekcji. Nie wszyscy jednak to robią, bo się boją. To jedyna klinika w okolicy lecząca wzw typu C. Część pacjentów jednak nie wytrzymuje i jest tak zdeterminowana, że nie mogąc przez kolejne tygodnie dostać się na oddział, idzie na skargę do dyrekcji. Wtedy są przyjmowani.
– To okropna dla nas sytuacja. Idziemy skarżyć na klinikę, która ma nam ratować zdrowie, a często i życie. Taka interwencja nie pozostaje bez komentarzy. Mówi się o nas, że jesteśmy leczeni po protekcji, nie po interwencji – podkreślają chorzy.
Problemy z leczeniem chorych rozpoczęły się latem tego roku. Maja związek z odwołaniem przez dyrektora szpitala z funkcji ordynatora oddziału prof. Romy Modrzewskiej. Kliniką kierują obecnie lekarze powołani przez dyrektora do pełnienia obowiązków ordynatora. To współpracownicy pani profesor. Żaden z nich nie ma komfortowej sytuacji zajmując jej miejsce, zwłaszcza że wciąż są podwładnymi pani profesor w Akademii Medycznej. Profesor Roma Modrzewska, choć przestała być szefem oddziału szpitalnego, jest znakomitym fachowcem od chorób zakaźnych i wciąż pełni w AM funkcję kierownika katedry chorób zakaźnych, czyli odpowiada za edukację studentów i rozwój naukowy lekarzy zakaźników.
Piotr Cioczek, dyrektor szpitala wojewódzkiego im. Jana Bożego, w strukturach którego działa klinika, potwierdza, że początkowo były problemy z organizacją pracy kliniki, ale dodaje, że powoli wszystko wraca do normy. – Po dwóch miesiącach przerwy, w październiku siedmiu nowych pacjentów zostało już włączonych do programów lekowych. Na oddział trafiła pierwsza pacjentka, która jest do tego przygotowywana. – Jestem dobrej myśli. Sądzę, że i problem wykonywania biopsji uda się w końcu rozwiązać.
Beata Kozian, Kurier Lubelski, 7.11.2005
|
|