|
Nigdy nie sądziłam że będę walczyć z tak poważną chorobą jaką jest wirusowe zapalenie wątroby typu C . Zawsze byłam przekonana że wszystko co złe mam już za sobą, niestety myliłam się...
Praktycznie od dnia urodzin chorowałam, jeździłam od szpitala do szpitala, zwiedziłam chyba wszelkie możliwe oddziały dziecięce. W okresie tych pobytów wykonano mi kilka zabiegów chirurgicznych, przetoczenie krwi , podano osocze. Ponadto miałam duże problemy z płucami.
W 2001 roku wykonano mi próbę tuberkulinową, rok później następną - obie okazały się dodatnie. W 2003 lekarz zalecił terapię profilaktyczną, nie doszło do niej z powodu podwyższonych prób wątrobowych. Nigdy natomiast nie zachorowałam na gruźlicę. Otrzymałam skierowanie do szpitala, na oddział hepatologii. Wykonano mi badania, 4 miesiące później przyszła najgorsza wiadomość.
Poinformowano mnie że mam przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby typu C i przeszłam B. Świat zwalił mi się na głowę, nigdy nie słyszałam o tej chorobie. Załamałam się, nie dopuszczałam żadnych informacji. Po prostu nie chciałam wiedzieć, myślałam że to tylko okropny koszmar z którego się obudzę. Informacji szukała mama i babcia, ja chciałam się odciąć to była swoista bariera obronna.
25 Lutego 2004 roku miałam wykonany zabieg biopsji. Anestezjolog podał mi środek nasenny, odpłynęłam, nie wiem ile spałam, okropnie bolał mnie brzuch, nie mogłam się ruszać musiałam leżeć kilka godzin. Wynik który otrzymałam potem wyglądał tak: G2/S2/3.
Pod koniec roku 2004 wprowadzono mnie w kurację: Interferon alfa 2b + Rybawiryna. Objawy po pierwszym zastrzyku uderzyły we mnie z siłą fali: gorączka 40 stopni, ból głowy, dreszcze, zimne poty, uderzenia gorąca, bóle mięśni. Zastrzyki brałam co drugi dzień. Objawy jakby się unormowały, 38 stopni gorączki, bóle mięśni i głowy, dreszcze-typowa "grypówka". Najgorsza w tym wszystkim była jednak bezsenność, a właściwie przerwanie ciągłości snu. Kładłam się około 21, zasypiałam, poczym budziłam się o 2:00 lub 3:00 w nocy i nie spałam do rana. Byłam wykończona, nie mogłam się skoncentrować, przeszłam na indywidualny tok nauczania.
Ten cały koszmar pod nazwą terapia interferonowa trwał pół roku - przerwali mi leczenie około kwietnia 2005 ponieważ HCV RNA było na plusie, nie wykonali mi badania ilościowego może gdyby tendencja była spadkowa terapia nadal by trwała. Znowu załamanie… Szybko się podniosłam, pomogła rodzina, przede mną była III klasa gimnazjum i egzaminy. Udało się zdałam. Po porażce sukces… zaczęłam naukę w liceum. Przez okres 2006/2007 jeździłam tylko do poradni na kontrole. W wakacje, dokładnie w sierpniu 2007 wstępnie przeszłam pod opiekę innego lekarza z oddziału dla dorosłych. Zaczęłam pić napar z korzenia lukrecji, szukałam wszelkich możliwych informacji na temat wzw, w różnych źródłach. Bariera obronna pękła, poniekąd pogodziłam się że mam "współlokatora" i chciałam wiedzieć jak mam z nim żyć. Natrafiłam na "Prometeuszy" i wszystko co chciałam wiedzieć czerpałam stąd. Wyniki miałam dobre, wiremię na poziomie 3,14 x 10 do 5 potęgi m/l.
W Listopadzie 2007 roku dwa miesiące po rozpoczęciu II klasy liceum, a dzień po moich osiemnastych urodzinach weszłam w drugą terapię: Pegintron alfa 2b +Rebetol. To był dla mnie najwspanialszy prezent pod słońcem. No i zaczęło się od nowa… Zastrzyki tym razem raz w tygodniu, codziennie łykanie tabletek… Objawy te same: bóle mięśni, głowy, gorączka 38 stopni, przerwanie ciągłości snu, a oprócz tego pogłębiły się kłopoty z tarczycą, zaburzenia w miesiączkowaniu i wypadanie włosów, ogólne osłabienie.
Miałam wrażenie że się rozsypie i trzeba będzie mnie sklejać na Super Glusia. Fizycznie czułam się koszmarnie, mimo to zdecydowałam, że będę chodzić do szkoły. Wspierali mnie nauczyciele i najbliższa przyjaciółka. Miewałam dołki psychiczne, najlepszą radą na to był telefon do kogoś. Dzwoniłam do przyjaciół, do osób które przechodziły to w danym momencie lub przeszły z pozytywnym skutkiem. Najgorsze były huśtawki nastrojów - nie radziłam sobie z nimi. W jednej chwili potrafiłam przejść z euforii do wściekłości i płaczu. W pewnym momencie miałam serdecznie dosyć swoich "humorków" i objawów ubocznych. Miałam szczerą ochotę wywalić leki przez okno. Myślałam że już nie dam rady, mimo to kłułam się dalej… Spadła mi masa ciała, na widok i zapach jedzenia miałam ochotę puszczać "pawiki". Na siłę wpychano we mnie posiłki, kręciłam nosem nawet na najbardziej ulubione dania.
18 lutego 2008
Upłynęły 4 miesiące. Poszłam odebrać wynik HCV RNA i usłyszałam coś czego tak bardzo się bałam: "Muszę przerwać terapię, poziom wiremii wzrósł. Nie ruszyło, tak mi przykro”. Osunęłam się na krzesło po policzkach potoczyła się rzeka łez - nie potrafiłam powstrzymać płaczu. Zaczęłam się zastanawiać po co to wszystko, skoro znowu przegrałam z chorobą. W domu złapałam za telefon. Otrzymałam to czego tak bardzo w danym momencie potrzebowałam, wsparcie i dobre słowo od przyjaciół, wieczorem dostałam też e-maila "Pamiętaj jedna, dwie, cztery, dziesięć przegranych bitew nie świadczy o przegranej wojnie. Dopóki będziesz walczyć, będziesz zwycięzcą ".
Po dwóch przegranych bitwach czekam na kolejne wytoczenie dział w tym roku. Obecnie czekam na wyniki HCV RNA - to od nich zależy przystąpienie do trzeciej terapii… Będę walczyć, nie oddam życia walkowerem.
Jola
|